| 15 Lat Po |
|
|
|
| Wpisany przez Ryszarda Socha |
| Środa, 23 Listopad 2011 11:07 |
|
Na początek przypomnienie sprawy z maja 1997 roku. Choć była ona głośna być może nie każdy pamięta... Została zamieszczona pod adresem: http://gitowiec.com/forum2.html?func=view&catid=13&id=22&limit=25&start=525#122150 Wyznania morderczyni Tomka Jaworskiego W polskich więzieniach najwyższą możliwą karę odbywa obecnie dziewięć kobiet. Mówią o sobie: dożywotki. Wśród nich współzabójczyni maturzysty Tomka Jaworskiego. W więzieniu skończyła szkołę, pracuje i bardzo chciałaby zobaczyć wnuka. Szymańska jako jedyna z nich trzech zgadza się na rozmowę. Niewysoka, przysadzista, spodnie, t-shirt, zero makijażu, zero pozy. Mówi szybko, energicznie. Reaguje emocjonalnie: łzy, śmiech, zaduma, ironia, wzburzenie. Jej słowa świadczą o bystrości umysłu. Stara się wykorzystać czas w więzieniu. Jest w nim już 15 lat. Skończyła tu szkołę zawodową. Krawiecką. Ale matury, chociaż chciałaby, chyba nie zrobi, bo pomysł, żeby uruchomić w więzieniu technikum krawieckie lub gastronomiczne na razie nie wypalił. Pracuje w szwalni, którą prywatny przedsiębiorca prowadzi na terenie zakładu karnego. Szyje odzież roboczą - flanelowe koszule, drelichowe spodnie i bluzy. - Szału nie ma - mówi. Potrafiłaby pewnie uszyć coś odlotowego, ale tutaj - śmieje się - nie bardzo jest gdzie w tym chodzić. - Na widzenia człowiek się ogarnia, maluje. Żeby rodzina nie dostrzegła, że mam gorszy dzień. W chwili aresztowania miała 24 lata i trójkę dzieci - 8 lat, 4,5 i 3,5 roku. Za sprawą najstarszej córki w tym roku została babcią. Cieszy się, że wkrótce pozna wnuka. Chcecie mnie złej, to macie „Na sali ani razu nie schyliła głowy. Karę dożywotniego więzienia dla Szymańskiej sala przyjęła z westchnieniem ulgi. Twarz skazanej nie wyrażała nic" - zanotował dziennikarz w relacji z procesu. Szymańska dobrze zna ten passus. - Zaraz po aresztowaniu popełniłam straszny błąd - wspomina. - Nie wiem dlaczego, ale próbowałam dorównać opinii, jaką o mnie wytworzono. Skoro chcecie mnie złej, to macie. Ani nie było mi z tym dobrze, ani nic dobrego z tego nie wynikło, tylko więcej problemów. Nie należy do potulnych. Zwłaszcza psychologom stawała okoniem. - Na samo słowo psycholog dostawałam szału, rzucałam się, nie chciałam wyjść, wyprowadzano mnie czasem siłą. W Grudziądzu, dokąd trafiła po wyroku w 1999 r., stanęła przed komisją penitencjarną. Miała się przedstawić, podać początek i koniec odbywania kary. Podała datę początkową i zamilkła. Ówczesny dyrektor więzienia (już nieżyjący) odruchowo zapytał o termin końcowy. - Dla mnie wszystko było jeszcze świeże, reagowałam na ten wyrok; ciśnienie mi rosło, podobno zrobiłam się strasznie czerwona - opowiada Szymańska. - Dyrektorowi ktoś coś szepnął na ucho. Podniósł oczy na mnie i powiedział: ja panią bardzo przepraszam. Wychowawca mi później mówił, że nagle zbladłam, miałam minę, jakbym nie wierzyła w to, co słyszę. Faktycznie, pomyślałam: kosmos, inni ludzie, inny kraj, gdzie ja jestem? Po komisji dyrektor stwierdził, że jej akta są tragiczne. Ale nie będzie się nimi sugerował, da jej szansę. - Potraktowano mnie na zasadzie: no, skazana jak skazana, taka sama jak wszystkie. Gdy przy okazji następnej komisji penitencjarnej zapoznała się z opinią na swój temat, to pomyślała, że to nie o niej, że ktoś pomylił akta. Przywykła, że jest tą złą i że tak pozostanie. Pamięta też pierwszą rozmowę z więzienną psycholog z Grudziądza: chodź, usiądź, nie chcesz gadać, to nie gadaj, ale usiądź. Pomału dała się oswoić. No, nie tak, żeby zaraz miała do niej latać z problemami. Stara się sobie radzić sama. Ale dwa razy się zdarzyło, że przygnieciona kłopotem zapisała się na rozmowę. Kiedy trafiła do więzienia, przywykła bronić się sama - nieważne, mądrze czy głupio, ale sama. - I dużym przełomem jest to, że teraz, jak faktycznie nie wiem, co zrobić, czy wiem, że coś mnie przerasta - opowiada - to potrafię prosić o pomoc, o radę. Wcześniej nie umiała. Najpierw wychowywała ją ciotka. Mama mieszkała z mężem, ojczymem Moniki. W przebłyskach z dzieciństwa Monika widzi, jak mama nocą przybiega do cioci, bo ojczym ją pobił. Miała 12 lat, gdy mama ją wzięła do siebie. W domu była dwójka młodszego przyrodniego rodzeństwa. Atmosfera napięta, ojczym pił i awanturował się. Mama pracowała. Młodsze rodzeństwo biegło do babci - matki ich ojca. A ona nie miała dokąd. Wiedziała, że ciocia choruje, nie chciała jej martwić. - Nie miał mnie kto bronić - mówi. - Jeśli mama nie zwracała uwagi na to, co się z nami dzieje, to nie dlatego, żeby była złym człowiekiem. Sama sobie wtedy nie radziła z tym, co na nią się waliło. Tomek się śni uśmiechnięty Szybko weszła w dorosłe życie. I od razu zaczęła je komplikować. Pierwsze dziecko urodziła mając 16 lat. Wyszła za mąż za faceta, który nie był jego ojcem. O tym małżeństwie mówi jako o transakcji - jego wtedy nie zamknęli za ucieczkę z wojska i zwolnili do cywila jako jedynego żywiciela rodziny, od niej odczepili się bliscy, bo miała męża. Wcześniej mama brzęczała: 16 lat, w ciąży, z dzieckiem. Ojciec trójki jej dzieci to zawodowy oszust. Więcej siedział, niż był w domu. Teraz też siedzi. Wtedy, 13 czerwca 1997 r., wszystko potoczyłoby się inaczej, gdyby nie jej złe przeczucia. Dzieci zawiozła do mamy, bo wybierała się z kumplami po samochody do Niemiec. Kradzione. Mieli je przywieźć do Polski. No, nie była kryształowa. Miała przeczucie, że wpadną na granicy. Zadzwoniła: pojedźmy za tydzień. Los z niej zakpił. Została w domu. Był wolny czas, znajomi, piwko, wyjazd jej samochodem, Tomek. Opisy zbrodni w relacjach reporterów sądowych były według Moniki Szymańskiej albo przekoloryzowane, albo ona nie wszystko widziała, może pewnych rzeczy nie pamięta. - Nie powiem, że mam koszmary w związku z tym, bo nie mam - mówi. - Tomek śnił mi się nieraz i zawsze żywy. Bo takim go pamiętam. Dwa sny z nim miałam całkiem niedawno, kiedy ściągnęłam akta do wglądu. Jakaś łąka, dużo zieleni. Nie śni mi się smutny, tylko uśmiechnięty. Z więzieniem wydaje się pogodzona. Z wyrokiem nie. Dlatego ściągnęła akta, by jeszcze raz uważnie je przeczytać. Nadal konsekwentnie zaprzecza swemu udziałowi w zabójstwie. Ten motyw wielokrotnie powraca w rozmowie. - Czuję się winna, z ręką na sercu, na 15 lat - powtarza. - Za całą resztę: uprowadzenie, przetrzymywanie, znęcanie się, sąd podliczył mnie na 15 lat. Czuję się strasznie winna temu, co się działo. Nawet bym nie dyskutowała z sądem, czy ja to robiłam, czy nie robiłam, czy tylko byłam, co widziałam, a czego nie widziałam. Zapowiada, że podejmie walkę. Do Strasburga napisze. Dopiero teraz, bo chciała dać trochę spokoju dzieciom, żeby podorastały. Bo to wszystko odbiło się na nich. Teraz jej 17-letni syn domaga się, by coś zrobiła. Szymańska wymienia słabe punkty śledztwa, różne niedociągnięcia. Jednak nie okazuje zawodu, gdy słyszy, że nie będziemy dyskutować o zasadności wyroku. Czy naprawdę się z nim nie zgadza, czy może chciałaby dać swoim dzieciom nieco lepszy obraz siebie?
|
Ostatnio stronę zaktualizowano: 23.11.2011
O godz. 12:00 dodano artykuły " NOWY MINISTER" oraz"15 LAT PO"

) na jak długo zostajesz??
3 dn?
Powodzonka!



Kochane, Jestem Wolną Kobietą 
rozkochuje wszystkich w sobie
ja rozstałam się definitywnie z M. i jestem spokojniejsza.. poza tym wracam na stare śmierci do pracy i jest dobrze
pozdrawiam Was cieplutko:*



szczególnie wytrwałości w noworocznych postanowieniach!!! :D








)

a ja umieram :D







Kopę czasu, co u Ciebie?










Kiedyś coś pewnie napiszę
Buziaki dla Ciebie







Musisz być zalogowany/a.

| Do końca roku zostało 225 dni. |
|
Za kratami zycia.
|
|
Za kratami zycia.
|
|
Za kratami zycia.
|